23/10/2026
Baner na ogrodzeniu: „72 m²” oraz numer telefonu. Minimalizm rodem z zakamarków konceptualnej sztuki współczesnej. Zero zdjęć, zero parametrów, czysta tajemnica.
Z ciekawości dzwonię. Właścicielka stacjonuje kilkaset kilometrów dalej. Cena? Zaproponowana z urokliwym rozmachem, przekraczająca realne transakcje notarialne w tej dzielnicy o jakieś dobre trzydzieści procent. Mieszkania oczywiście nie pokaże, bo kluczy nikomu nie powierzy.
Pytam o cokolwiek – rzut, zdjęcia, podstawowe parametry. Po co? Przecież – jak słyszę w słuchawce tonem nieznoszącym sprzeciwu – „wnętrze robił projektant”.
I tu wchodzimy w obszar czystej rynkowej metafizyki. Kupujący ma najwyraźniej wyobrazić sobie sztukaterię, uwierzyć na słowo w sprawność instalacji elektrycznej i przelać zaliczkę w oparciu o samą obietnicę dobrego gustu. Żadnego oglądania, zero weryfikacji. A pośrednik? Zbędny wydatek, bo przecież – jak deklaruje pani – „potencjalnych chętnych jest tylu, że sprzeda się natychmiast”.
To uroczy element rynkowego folkloru. Święta wiara w to, że nieruchomość sprzedaje się sama siłą samej intencji i słowa-klucz „projektant”. Rzeczywistość rzadko jednak kupuje kota w worku na piękne oczy – zwłaszcza w cenie wyższej niż rynkowa średnia.
W INLOK nie wierzymy w zdalne czary ani wyceny oparte na życzeniach. Nieruchomości to fizyczna przestrzeń, twarde dane, przejrzysta dokumentacja i sprawna logistyka na miejscu.
A z panią od 72 metrów? Coś mi mówi, że do zobaczenia pod tym samym numerem telefonu... za jakieś pół roku.
Planujesz sprzedaż nieruchomości w Toruniu lub Bydgoszczy i wolisz rzetelną strategię od rynkowego chowanego?
Porozmawiajmy przy kawie. Bez bajek, za to z faktami.